Najnowsze komentarze
 
2016-01-15 11:42
kronos do wpisu:
Zagrożenie praworządności na Węgrzech pod lupą PE
Zadziwiająca mentalność tej większości posłów unii, w świetle faktów exodusu sił islamu do[...]
 
2015-05-15 09:08
TomKs1 do wpisu:
eCall: ratownik czy szpieg?
Taa... Lem by się nie powstydził... A Orwell wpadłby w zachwyt....
 
2015-03-27 22:42
habij do wpisu:
Równi i równiejsi w UE
Czy Stany Zjednoczone upadną jak Cesarstwo Rzymskie?[...]
 


O mnie
 
Poseł do Parlamentu Europejskiego. Wiceprzewodnicząca Komisji Prawnej, ponadto pracuje w Komisji Budżetowej i Komisji Petycji.
 


 
Z Brukseli
 




 Oceń wpis
   

Na ostatniej sesji plenarnej 16.12.15, po ożywionej debacie przyjęliśmy rezolucję dotyczącą praworządności i poszanowania praw podstawowych na Węgrzech.

Naszym zdaniem "UE powinna niezwłoczne rozpocząć proces monitorowania stanu demokracji, praworządności i praw podstawowych na Węgrzech". Obawiamy się też podobnych tendencji w innych państwach członkowskich...

Rezolucję poparło 327 posłów, 293 było przeciw, 61 wstrzymało się od głosu.

Komisja Europejska, jako strażniczka Traktów powinna użyć wobec Węgier tzw. "ram na rzecz umocnienia praworządności", czyli narzędzia pozwalającego na podjęcie działań w przypadku systemowych zagrożeń dla praworządności w państwie członkowskim UE.

W rezolucji znajdują się zapisy o "pospiesznych" decyzjach i działaniach węgierskiego rządu, które np. utrudniają funkcjonowanie sytemu konstytucyjnego, ograniczają i utrudniają działalność organizacji społeczeństwa obywatelskiego, nie respektują praw osób należących do mniejszości, w tym praw Romów, Żydów czy osób LGBT, stosują na coraz większą skalę środki detencyjne, w tym wobec małoletnich, utrudniają dostęp do ochrony międzynarodowej, bezzasadnie kryminalizują migrantów, używając retoryki ksenofobicznej łączącej migrantów z problemami społecznymi lub zagrożeniem dla bezpieczeństwa.

Rezolucja jest skierowana do Prezydenta, rządu i Parlamentu Węgier oraz do Komisji Europejskiej, Rady UE, rządów i Parlamentów państw członkowskich i państw kandydujących, Agencji Praw Podstawowych UE, Rady Europy oraz Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie.

Na styczniowej sesji plenarnej wstępnie planowana jest debata na temat sytuacji w Polsce. Cóż Polak Węgier dwa bratanki...

Lidia Geringer de Oedenberg

2015-12-22 16:43
Z Brukseli węgry, parlament europejski, komisja europejska Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Współczesne samochody naszpikowane są elektroniką i generalnie podoba się to kierowcom.  Czy jednak zdajemy sobie sprawę, jakie dane nasze (podłączone do Internetu) auto przekazuje i komu?  O sprawie pisałam już wcześniej. Teraz ciąg dalszy.

Przykładowo nasze auto rejestruje i przesyła dane odnośnie:

- ok. 100 ostatnich miejsc, gdzie się zatrzymał samochód,

- adresów, jakie wprowadziliśmy do GPS,

- ilości przejechanych kilometrów,

- liczby sytuacji, kiedy pasy były maksymalnie napięte np. ze względu na gwałtowne hamowanie.

Jakie to może mieć konsekwencje? Ciekawe, jeśli dane "wypłyną" do szefa, małżonka, ubezpieczyciela, potencjalnego złodzieja ...

W 12 krajach UE na łącznej próbie 12 tys. ankietowanych przeprowadzono badania.

Ich wynik w skrócie:

- 91% właścicieli aut chciałoby mieć możliwość włączania i wyłączania auta z sieci (teraz decyduje o tym konstruktor),

- 90% kierowców jest przekonanych, że wymienione wcześniej dane są ich własnością (nie są, kupując auto zgodzili się na ich użycie),

- 78% chciałoby mieć wybór dostawców usług oferowanych przez ich "podłączony" wóz (obecnie decyduje o tym sprzedawca/producent),

- 76% chciałoby móc wprowadzać ograniczenia (np. czasowe) w dostępie do danych przekazywanych przez ich auto (nie ma takiej opcji),  

- 95% badanych chce unijnej regulacji gwarantującej im wpływ na to, co stanie się z ich danymi.

Polecam bardzo ciekawy raport na ten temat http://mycarmydata.eu

Z pozdrowieniami z Parlamentu Europejskiego

Lidia Geringer de Oedenberg

 

 

2015-11-26 10:42
Z Brukseli parlament europejski, komisja europejska, Nowe technologie Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

"Prawo do wody" (Right2Water) to pierwszy projekt prawa unijnego zaproponowany przez mieszkańców Unii w ramach Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej (EIO) i jak dotąd jedyny, który spełnił wymogi tej wprowadzonej przez traktat z Lizbony "masowej petycji". O początkach projektu pisałam wcześniej tutaj.

Wczoraj, 8 września 2015r. podczas sesji plenarnej przyjęliśmy większością głosów sprawozdanie w sprawie dalszych kroków inicjatywy, z którą wystąpiło 1,9 miliona obywateli UE ze wszystkich państw członkowskich.

Pozytywny wynik głosowania oznacza wezwanie Komisji Europejskiej do przedstawienia wkrótce konkretnych propozycji legislacyjnych, w tym rewizji ramowej dyrektywy wodnej UE, w celu uznania, że dostęp do wody jest podstawowym prawem człowieka.

Jest to równoznaczne z żądaniem, by państwa członkowskie UE zagwarantowały dostęp do bezpiecznej do spożycia wody dla wszystkich obywateli (niezależnie od dostawcy) oraz do poprawy warunków sanitarnych.

Najważniejszym zapisem w dokumencie jest to, że woda musi być traktowana jako dobro publiczne, a nie towar. Jej cena, zatem musi podlegać kontroli, a ewentualne zyski powinny być przeznaczane na inwestycje polepszające jej dostawę.

Komisja Europejska, (jako jedyna wg Traktatów mająca inicjatywę legislacyjną) jak dotąd nie wykazała się ambitną postawą w kwestii pierwszej obywatelskiej propozycji zmiany prawa, ograniczając swoje działania do niezbędnego administracyjnego minimum. Teraz, mam nadzieję, wraz z naszym sprawozdaniem nabierze większej ochoty do sporządzenia konkretnej legislacyjnej propozycji, którą w Parlamencie będziemy potem poprawiać - inaczej UE straci na wiarygodności w oczach wierzących w moc sprawczą EIO obywateli.

Dostęp do wody dla wszystkich w Europejczyków jest milowym krokiem i doskonałym punktem wyjściowym do walki o globalny, powszechny dostęp do wody dla każdego człowieka.

Z pozdrowieniami z Parlamentu Europejskiego

Lidia Geringer de Oedenberg

więcej:

http://www.europarl.europa.eu

http://ec.europa.eu/citizens

 

2015-09-09 12:21
Z Brukseli parlament europejski, komisja europejska, Europejska Inicjatywa obywatelska Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Kampania wyborcza w Wielkiej Brytanii wychodzi na ostatnią prostą. W czwartek 7 maja br. Brytyjczycy wybiorą nie tylko swoich reprezentantów w Parlamencie, ale i przyszłość w lub poza Unią Europejską.

Według sondaży Torysi z poparciem 36% nieznacznie wyprzedzają Laburzystów z wynikiem 34%. Dwie największe partie idą łeb w łeb, zatem języczkiem u wagi będą partie mniejsze, jako potencjalni koalicjanci: eurofobiczny UKIP –  z 11% poparcia, Liberalni Demokraci z 7%, Zieloni z 6% . Układanka powyborcza określi przyszłe “ być albo nie” dla Wielkiej Brytanii w strukturach Europejskich. Zwycięstwo Partii Konserwatywnej w czwartkowych wyborach w Wielkiej Brytanii, będzie równoznaczne z przeprowadzeniem referendum w 2017 r. w sprawie jej wystąpienia z UE.

Ed Miliband, przewodniczący brytyjskiej Partii Pracy uznaje ewentualny Brexit za potencjalną klęskę polityczno-ekonomiczną. W zglobalizowanym świecie można działać tylko dzięki budowaniu sojuszy, a jego zdaniem "małżeńska kłótnia powinna raczej prowadzić do szukania rozwiązań problemu, niźli spakowania manatków i wyjazdu do mamusi"...

Przeciwko wyjściu ze struktur unijnych jest również Szkocka Partia Narodowa (SNP), która w ostatnich tygodniach wyrosła na główną siłę polityczną w Szkocji. Przewiduje się, że dzięki jednomandatowym okręgom wyborczym zgarnie wszystkie 59 szkockich miejsc w 650 osobowej Izbie Gmin (odpowiednik naszego Sejmu). Szkoci mocno wierzą w Nicolę Sturgeon i jej SNP, także jako przyszłego koalicjanta Laburzystów. Sęk w tym, że ich leader na razie odżegnuje się od takiej ewentualnej współpracy ze względu na zbyt duże różnice programowe, głównie w sprawie jedności Wielkiej Brytanii i broni atomowej.

Tymczasem zwycięstwo Konserwatystów, dające gwarancję referendum "wyjściowego", będzie zapewne też pretekstem do przeprowadzania kolejnego referendum w sprawie odłączania się w Szkocji od królewskiej macierzy, w razie jej odwrotu od UE. Scenariuszy jest wiele, a co jeden to ciekawszy.

Brexit miałby też dużo szersze, globalne znaczenie dla UE osłabiając jej pozycję na arenie międzynarodowej. Obecnie w dobie konfliktów na Ukrainie, Syrii, Libii i szeregu innych wspólnych europejskich problemów, szukanie stabilności i współpracy jest niezbędne dla naszej wspólnej przyszłości.

Poza gospodarczymi i politycznymi, o których rozpisuje się prasa  - jakie konsekwencje niesie ze sobą wyjście Brytyjczyków z UE? Mnóstwo zamieszania w instytucjach europejskich...

Podczas dwóch lat wyjściowego okresu przejściowego, Londyn musiałby zrzec się m.in. swojego uczestnictwa w Radzie Europejskiej (spotkań głów państw lub rządów, którym przewodniczy obecnie Donald Tusk) oraz z narad odpowiednich ministrów rządów ( w zależności od roztrząsanych tematów) - pozbawiając się wpływu na wszelkie decyzje unijne.

Zmieniłby się układ sił w Radzie. Obecnie Wielka Brytania jest trzecim, co do liczby mieszkańców krajem UE, waga jej głosu jest praktycznie równa Niemcom czy Francji. Bez Brytyjczyków być może Europę zdominowałby całkowicie duet Parysko-Berliński, albo zyskałyby na znaczeniu Włochy, Hiszpania i Polska?

W Parlamencie Europejskim ubyłoby 73 posłów wraz ze swoją administracyjną świtą, liczoną w setkach etatów.  Podział 751 mandatów e europarlamencie na mniejszą liczbę państw dałby przede wszystkim dodatkowych posłów Francji i Hiszpanii.

Grupy polityczne w PE mocno odczułyby "odwrót Albionu". Moja grupa S&D utraciłaby 20 brytyjskich posłów, Konserwatyści z ECR z trzeciego miejsca pod względem liczebności i ważności spadliby na czwarte, po wyjściu 21 członków. Zniknęłaby grupa eurofobów z EFDD, bowiem odejście 23 Brytyjczyków spowodowałoby spadek poniżej wymaganego progu liczebności do formowania grupy politycznej. Sytuacja w Parlamencie Europejskim zyskałaby z pewnością zupełnie nowy wymiar...

Brexit spowodowałby również wycofanie brytyjskiego Komisarza oraz setek urzędników z Komisji Europejskiej, Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, Europejskiego Trybunału Obrachunkowego oraz członków w zarządzie Europejskiego Banku Inwestycyjnego.

Ponadto odeszłoby 24 członków asygnowanych przy Komitecie Regionów i 24 reprezentantów Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego.

Należałoby przenieść usytuowane w Wielkiej Brytanii siedziby: Europejskiej Agencji Leków, Europejskiego Kolegium Policyjnego oraz Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego.

Jak wyglądałby Unijny budżet bez Wielkiej Brytanii? Obecnie do unijnej kasy wpływa (po rabacie) 0,5% brytyjskiego PKB rocznie, ok. 9,6 do 11 mld euro w zależności od roku.

Czy wyjście oznacza spore oszczędności na wyspach i stratę dla Brukseli?

Nie do końca, bo jeśli Wielka Brytania zdecyduje się do dołączyć do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, by utrzymać dostęp do europejskich rynków, tak jak dzisiaj robi to na przykład Norwegia, to i tak będzie musiała wpłacić niemałe wejściowe. W sumie oszczędziłaby tylko 9% dotychczasowych wydatków. UE musiałaby przekalkulować kontrybucje finansowe państw członkowskich, być może nawet zmienić wysokość składki ?

Co byłoby z językiem angielskim w UE po wycofaniu się Wielkiej Brytanii?

Obecny lingua franca, którym jest angielski, nie miałby traktatowych racji bytu. Irlandczycy i Maltańczycy posługujący się nim na co dzień - wywalczyli już sobie tłumaczenia na własne języki, zatem nie wykluczone, że angielski mógłby z unijnej listy języków zniknąć. Francuzi już się cieszą. Unijnym lingua franca będzie z powrotem francuski.

 

Z pozdrowieniami z Parlamentu Europejskiego

Lidia Geringer de Oedenberg

2015-05-06 11:29
Z Brukseli unia europejska, komisja europejska Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 Przed rokiem z okładem, w lutym 2014 r. utworzono specjalną grupę roboczą pod kierownictwem byłego premiera Włoch i Komisarza KE - Mario Montiego, mającą zająć się kwestią “środków własnych UE”, czyli budżetem generowanym przez samą Wspólnotę. Członkowie grupy mieli znaleźć sposób na pozyskiwanie środków, które w przyszłości zastąpią ciągle pomniejszaną składkę członkowską i ... nie staną się jednocześnie płaconym przed obywateli "podatkiem na Wspólnotę". To zadanie trudne i bardzo ambitne.

 

Ponad 80% przychodu do unijnego budżetu zasilają składki od państw członkowskich, obliczone na podstawie ich PKB, reszta pochodzi z części podatku VAT z krajowych stawek bazowych, składek od krajów spoza UE będących we wspólnej strefie ekonomicznej (płaconych przez Islandię, Norwegię i Szwajcarię), podatków od wynagrodzeń pracowników instytucji unijnych oraz grzywien i odsetek od nieterminowych płatności, jak i odsetek bankowych od kapitału. 

 

Obecny system, zawsze gdy negocjujemy budżet UE na następny rok, podsyca temperaturę debaty pomiędzy krajami - płatnikami netto i tymi, które są beneficjentami unijnych funduszy. Przepychanki budżetowe dodatkowo nabierają ostrości wraz ze zbliżającymi się w poszczególnych krajach wyborami, gdy pomysły kolejnych cięć w unijnym budżecie mogą nabić słupki poparcia najgłośniej wykrzykującym "reformatorom"...

 

Zdecydowanie zdrowszy byłby system, w którym Unia generowałaby własne zasoby, a wspólnotowy budżet nie zależałby od politycznych zawirowań przedwyborczych.

 

Jedną z możliwości było wprowadzenie podatku od transakcji finansowych, a tam, gdzie taki podatek już istnieje - harmonizacja często rozbieżnych krajowych strategii w tym zakresie. W założeniu miało to z jednej strony zagwarantować sprawiedliwy i znaczący wkład sektora finansowego w dochody publiczne, z drugiej stanowić uzupełnienie środków regulacyjnych oraz zachętę dla świata finansów, by podejmować bardziej odpowiedzialne działania nakierowane na gospodarkę realną.

 

W przedstawionym niedawno raporcie grupa Montiego wypunktowała wszystkie wady obecnego systemu pozyskiwania środków, któremu “brakuje przejrzystości i demokratycznej odpowiedzialności”!

 

Faktem jest, że formuły rządzące naliczaniem składek są bardzo skomplikowane, a już wzory określające tzw. rabaty przyprawiają o ból głowy nawet fanów matematyki

 

Pozostańmy na chwilę przy rabatach. Najbardziej znany jest ten brytyjski, którego historia wiąże się ze słynnym „I want my money back” Premier Margaret Thatcher, negocjującej w 1984 r. składkę do wspólnotowej kasy. Dlaczego Żelazna Dama chciała "swoje" pieniądze z powrotem? Powodem wtedy było niekorzystanie przez Wielką Brytanię - w takim samym stopniu jak inne kraje - z dobrodziejstw Wspólnej Polityki Rolnej, która w połowie lat 80 „pożerała” ok. 70% budżetu UE.

 

Choć był to precedens to ostatecznie nękanemu strajkami krajowi, wtedy - na skraju zapaści gospodarczej – przyznano rabat. Czasy się zmieniły, dochód narodowy Brytyjczyków prześcignął PKB krajów kontynentalnej Europy, polityka rolna stanowi już tylko 40% budżetu UE - a rabat jednak pozostał. Jak mówią brukselscy eksperci - zostanie na zawsze, gdyż Brytyjczycy dobrowolnie z niego nigdy nie zrezygnują.

 

Pamiętam ostre debaty w czasie negocjacji budżetu na lata 2007-2013, gdy naciskany przez większość Premier Tony Blair w końcu uległ i zgodził się w 2005 r. na małe cięcie tej “brytyjskiej świętości” - podcinając tym samym "gałąź" swojej politycznej kariery... A poszło wtedy o zmniejszenie rabatu jedynie o ok. półtora miliarda euro rocznie.

 

Dzięki przyznanej “zniżce” Wielka Brytania przez ponad 20 lat wpłacała do unijnej kasy dużo mniej, niż wynikałoby to z ekonomicznego rachunku, opartego na wielkości jej PKB.  W ostatnich latach oszczędzała w ten sposób średnio o 4-6 mld euro rocznie.

 

Ogólnie rzecz ujmując, wyznacznikiem rabatu są przychody z tytułu podatku VAT w danym kraju, a te zmieniają się w każdym roku (np. polski VAT wzrósł w 2011 r. z 22% na 23%, co z najbardziej ucieszyło wyspiarzy).

 

Brytyjczycy mają rabat, ale „brakującą” część ich składki, czyli aż 2/3 - płacą pozostałe kraje, proporcjonalnie do swojej zamożności. Polska także partycypuje w finansowaniu rabatu. W 2004 r. kosztował nas on ok. 105 mln euro, w 2013 r. dołożyliśmy Brytyjczykom 219 mln euro. Kwotę przypadającą na nasz kraj oblicza się na podstawie udziału Polski w unijnym PKB, im wyższy, tym więcej płacimy za rabat.

 

Wiele mówi się o rabacie brytyjskim, ale warto wiedzieć, że to nie jedyny taki upust stosowany względem unijnych płatników netto. Z rabatów korzystają także Niemcy, Holandia, Austria i Szwecja. Nic dziwnego, że państwa te są najmniej zainteresowane reformowaniem starego systemu zaproponowanym przez grupę Montiego, za zmianami opowiadają się za to Francja czy Włochy, niekorzystający dotąd ze zniżek.

 

Kolejną komplikacją obecnego systemu składek do budżetu UE jest to, że procedury budżetowe w państwach członkowskich i na poziomie UE nie są skoordynowane i podlegają odmiennym prawom i terminom. Państwa członkowskie działają na podstawie jednorocznych budżetów, unijny jest skrojony na 7 lat. W budżetach narodowych występują deficyty (dozwolone do 3 % PKB) i długi publiczne (dozwolony do 60% PKB, który mało kto przestrzega), w budżecie unijnym wydatki nie mogą przewyższać dochodów, przynajmniej w teorii.  W praktyce, w ostatnich latach w budżecie wspólnotowym zrobiła się jednak spora dziura, początkowo łatana z nowych środków z kolejnego roku, obecnie wymagająca specjalnego zasilenia, albowiem 7-letni dziurawy budżet 2007-2013 się zakończył, a długi pozostały. Stare zobowiązania (zaakceptowane wcześniej przez państwa członkowskie) trzeba jednak zapłacić, skoro w poprzednim budżecie zabrakło funduszy - Rada Europejska sugeruje, by zapłacić z nowych środków przeznaczonych na okres 2014-2020, na co Parlament nie chce się zgodzić.

 

Przez ostatnie lata “gimnastykowaliśmy się” za pomocą budżetów korygujących, licząc na dodatkową zrzutkę na unijne długi ze strony państw członkowskich, niestety znalezienie dodatkowych pieniędzy w budżetach narodowych pod koniec roku było trudne, a nawet niewykonalne, gdyż państwa członkowskie w tym czasie zwykle już wykonały własne plany budżetowe i nie miały żadnych “luźnych” środków.

 

Stos rachunków do zapłacenia za zrealizowane projekty unijne - czeka w Komisji Europejskiej, tymczasem krajowe problemy budżetowe z jednej strony nie pozwalają na wyasygnowanie dodatkowych środków u płatników netto, z drugiej obciążają kredytami beneficjentów czekających na obiecane unijne pieniądze.

 

Raport Montiego przyznaje, że zmiany w kierunku pozyskiwania środków własnych przez Unię (i odciążenie w ten sposób budżetów narodowych) są trudne głównie ze względu na ... wymaganą jednomyślność w Radzie (zgodę wszystkich państw członkowskich). Parlament Europejski, najsilniejszy zwolennik reformy - jest w tej kwestii tylko ciałem doradczym. Debata trwa.

 

Dotychczasowym "światełkiem w tunelu" budżetowym jest już pewien krok na drodze do samowystarczalności, uwzględniony nawet w perspektywie finansowej 2014-2020 w postaci zmian w sposobie określania zasobów w oparciu o podatek od transakcji finansowych, który ma trafić bezpośrednio do budżetu UE. Co prawda na jego wprowadzenie zgodziło się jedynie 11 państw, zatem to dopiero początek reform.

 

Z pozdrowieniami z Parlamentu Europejskiego

Lidia Geringer de Oedenberg

 

Więcej na temat zasobów własnych UE:

 

 http://biznes.onet.pl/wiadomosci/swiat/ruszyly-prace-nad-nowa-oplata-w-ue-polska-na-tym-skorzysta/b888b

 http://www.pap.pl/palio/html.run?_Instance=cms_www.pap.pl&_PageID=1&s=infopakiet&dz=gospodarka&idNewsComp=&filename=&idnews=200017&data=&status=biezace&_CheckSum=703066085

http://www.europeanvoice.com/article/monti-to-present-own-resources-report-to-parliament/

http://ec.europa.eu/budget/library/biblio/documents/multiannual_framework/HLGOR_1stassessment2014final_en.pdf

 

 

2015-04-08 15:40
Z Brukseli unia europejska, komisja europejska Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Zmiana czasu z zimowego na letni (i odwrotnie) dezorganizuje w sposób znaczny pracę w wielu sektorach gospodarki, nie przynosząc żadnych efektów „oszczędnościowych”. Dowodzą tego m.in. badania przedstawione na debacie zorganizowanej w Parlamencie Europejskim 24 marca br. przez trzy Komisje: Prawną, Rynku Wewnętrznego i Transportu.

 

Oczywistym przykładem jest transport, gdzie albo trzeba nadganiać godzinę lub też ją marnować czekając na „właściwy” czas w dwóch „krytycznych” dniach w roku. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że zmiany czasu wpływają bardzo niekorzystnie na biorytm ludzi i zwierząt domowych.

 

Badania wykazują, iż po zmianie czasu w UE dochodzi średnio do wzrostu o 8% liczby wypadków drogowych, w Szwecji jest to nawet 11%.

 

Odnotowuje się także znaczny wzrost kontuzji i wypadków w miejscach pracy, szczególnie w przemyśle wydobywczym (wg studium Uniwersytetu Stanford), a także wzrost zawałów serca i… samobójstw (studium "The new England Journal of Medicine).

 

Zaburzony rytm życia ludzi wiąże się ze spadkiem poziomu melatoniny (koordynującej pracę zegara biologicznego, regulującego rytmy dobowe, między innymi snu i czuwania), powodując wzrost poziomu kortyzolu, którego nadmiar we krwi prowadzi do wielu komplikacji zdrowotnych m.in. insulinooporności (wg Current Biology).

 

Komisja Europejska, jako instytucja harmonizująca przeszkody na jednolitym rynku wewnętrznym UE, dostrzega te negatywne efekty, ale ma bardzo niewielkie pole do manewru, gdyż zmiana czasu leży w kompetencjach państw członkowskich.

 

Parlament Europejski przygotowuje się obecnie do sprawozdania w tej sprawie, z nadzieją że uda się przekonać nasze rządy do tego by skończyć z absurdem pozornych oszczędności, które jeszcze wiele lat temu miały jakieś uzasadnienie, dzisiaj tylko komplikują życie.

 

Dlaczego w ogóle zmieniamy czas? By lepiej wykorzystywać dzień latem. Może zatem pozostańmy przy czasie letnim na stałe? Taki też wniosek postawiło wielu debatujących nad negatywnymi konsekwencjami zamieszania czasowego...

 

Z pozdrowieniami z Parlamentu Europejskiego

Lidia Geringer de Oedenberg

 

2015-03-28 19:45
Z Brukseli unia europejska, komisja europejska, zmiana czasu, czas letni, czas zimowy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Począwszy od momentu wejścia do UE, czyli od 1981 r. Grecja otrzymała 68 mld.  euro z Funduszy Strukturalnych, przeznaczonych na rozwój kraju. Prawie drugie tyle na dopłaty dla rolników. Tabliczki informujące o dofinansowaniu przeróżnych inwestycji znajdują się na setkach zabytkowych budynków, fasadach kościołów, przy greckich autostradach czy siedzibach przedsiębiorstw. Manna z nieba, która spadała z nieba przez 33 lata, pozwalała na finansowanie zarówno inwestycji państwowych jak i prywatnych. W ramach nowej perspektywy finansowej na okres 2014-2020, kolejnych 21 miliardów z wspólnotowych funduszy ma zasilić grecką gospodarkę. 

Teraz jednak ze względu na nadużycia z przeszłości Europa narzuciła Grecji sektory, w których pieniądze te mogą być wykorzystywane, tak by służyły one stabilnemu rozwojowi, co znacznie organiczna dotychczasowe pole manewru tamtejszym decydentom.   

Fundusze europejskie wrosły w życie Greków, służyły m.in. jako dopłaty do czesnego dla dzieci w prywatnych szkołach, czy fundusze dla przedsiębiorców na rozwój własnych firm. Obecnie będą raczej formą pożyczek niskooprocentowanych dla biznesu, finansowanych z europejskiego funduszu inwestycyjnego. 

Wszystko to miało i ma służyć rozwojowi gospodarki greckiej. Tymczasem, wydaje się, że Grecja głównie korzystała z tanich kredytów dostępnych dla krajów strefy euro. Mając przez długi czas odpowiedni rating (podobnie jak inne stabilne gospodarki) – pożyczała pieniądze dość lekką ręką, aż doszła do poziomu długu publicznego (w 2014 r.) w wys. 177.2% PKB i bezrobocia na poziomie 25.8%.

Grecki dług w wysokości 320 mld. euro, jest teraz problemem 15 krajów-pożyczkodawców UE, a są to:

- Niemcy z sumą 58.5 mld euro

- Francja – 43.9 mld.

- Włochy – 38.6 mld.

- Hiszpania – 25.6 mld.

- Holandia – 12.3 mld.

- Belgia – 7.5 mld.

- Austria – 6.0 mld.

- Finlandia – 3.9 mld.

Drobniejsze sumy, ale składające się na kolejne 5 mld. euro Grecja winna jest: Słowacji, Portugalii, Słowenii, Luksemburgowi, Estonii, Malcie i Cyprowi.

Na 320 miliardów euro pożyczki 142 mld. pochodzą z mechanizmu stabilności (FESF), 66 mld. z banków greckich, 53 mld. to pożyczki bilateralne, 32 mld. z MFW, 27 mld. z EBC.

Od tygodniowych rozmów z ministrami finansów strefy euro zależy, czy Grecja  w niej pozostanie, czy też wróci do drachmy.

Wyjścia z eurolandu nie wyobraża sobie większość Greków, z czego zdaje sobie sprawę także populistyczna SYRIZA, partia która wygrała wybory pod koniec stycznia.

Pożyczkodawcy nie kwapią się jednak z “poluzowaniem” programu pomocowego, zaś na dalsze zaciskanie pasa nie ma zgody wśród Greków. Totalny pat w rozmowach nie zaskoczył zatem nikogo, tyle tylko, że za chwilę Grecja straci płynność finansową i nie będzie z czego wypłacać pensji budżetówce.

Kilka dni temu Jeroen Dijsselbloem, szef eurogrupy, potwierdził, że postulaty Grecji dotyczące odroczenia spłaty długów są nie do przyjęcia, a unijny poniedziałkowy szczyt (16.02.15) skończył się fiaskiem. Tymczasem w Grecji znika wszelka gotówka, z kont i bankomatów. Bankowe depozyty maleją o 200-300 mln euro dziennie...

Zwycięska SYRIZA chce  “przywrócić” godność Grekom. To hasło zapewniło im sukces wyborczy, ale w praktyce nie wiadomo co to ma oznaczać...

Odmowę spłaty długów, która wróci im honor?

Obwinianie innych krajów za udzielane Grecji pożyczek, w celu … doprowadzenia tego kraju do nędzy - brzmi mało przekonująco.

Na czele państw obwinianych przez Greków o niecne zamiary nieustannie znajdują się Niemcy, największy wierzyciel tego kraju, czyli ten, który pożyczył najwięcej i teraz domaga się zwrotu pieniędzy. Czy to przejaw wrogości, egoizmu, nacjonalizmu, faszyzmu?

Zdaniem Greków - tak.  SYRIZA idzie nawet dalej, podnosząc kwestię niezapłaconych reparacji wojennych z II wojny światowej i deklarując, że to dalej Niemcy są dłużne Grecji, a nie vice versa. Angela Merkel portretowana od miesięcy w Grecji z “hitlerowskim wąsikiem” przypomniała niedawno, że "umów zawartych przez poprzednie rządy należy przestrzegać", co jeszcze dodatkowo rozsierdziło Greków.

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że problemy Grecji wykraczają daleko poza granice tego kraju. “Grexit” nie jest na rękę żadnemu z państw UE ze strefy euro czy spoza niej.

Tragedia grecka dalej rozgrywana jest na tamtejszej scenie politycznej i żaden polityk, ani żadna partia - nie zamierzają mówić o prawdziwych przyczynach tego kryzysu, ani o tym jak efektywnie zreformować ich niewydolną gospodarkę. Zadłużone ponad miarę greckie państwo, którego obywatele nauczyli się przez długie lata „kreatywnie” podchodzić do podatków - stoi obecnie nad gospodarczą przepaścią. Upadek Grecji nie jest jednak teraz tylko problemem Greków, ale całej Europy.

 

Z pozdrowieniami z Parlamentu Europejskiego

Lidia Geringer de Oedenberg

2015-02-19 14:08
Z Brukseli unia europejska, komisja europejska, grecja, Kryzys grecki Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Naszą innowacyjność dostrzegł niedawno tygodnik NewEurope*. Od stycznia przyszłego roku rusza w Polsce nowy system ostrzegania o zagrożeniach “pogodowych”. Pierwszy tego typu system na świecie.

Jak będzie działać?

W razie zagrożenia mieszkańcy Polski będą mogli zobaczyć na ekranach swoich telewizorów pasek informacyjny z komunikatem o nagłych zmianach pogodowych w ich rejonie jak np. obfitych opadach powodujących powodzie, gwałtownych burzach, wichurach, tornadach i innych zagrożeniach naturalnych.

Komunikaty te będą pojawiać we wszystkich kanałach telewizyjnych i darmowych aplikacjach telefonicznych, z funkcją wysyłania wiadomości SMS w momentach zagrożenia. 

Ten unikatowy system zmniejszający ryzyko utraty życia, bądź zdrowia obywateli, ma nam zagwarantować bezpieczeństwo i umożliwić odpowiednio wczesne zabezpieczenie mienia.

Kolejnym krokiem ma być wyświetlanie alertu nawet, gdy telewizor jest wyłączony. W niedalekiej przyszłości informacje o zagrożeniu mają zawierać także plany ewakuacyjne, mapy terenów zagrożonych i filmy instruktażowe jak postępować w sytuacjach kryzysowych. 

Miejmy nadzieję, że tragedie rodzin tracących dobytki swojego życia nie będą się już powtarzać, a koszty usuwania skutków klęsk żywiołowych będą znacznie mniejsze. Wyznaczając nowe trendy w ochronie społeczeństwa - czekamy teraz na naśladowców na całym świecie.

 

Z pozdrowieniami z Parlamentu Europejskiego

Lidia Geringer de Oedenberg

 

*http://floodlist.com/europe/rso-polands-tv-flood-warning-system

http://www.un-spider.org/news-and-events/news/new-regional-warning-system-serve-poland

  

2014-12-10 13:54
Z Brukseli polityka, parlament europejski, komisja europejska, System ostrzegania Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Wbrew temu, co się często słyszy - dla wielu eurodeputowanych nasza Izba jest poczekalnią do krajowej władzy, a nie domem spokojnej starości. Choć "byłych" wielkich nie brakuje.

 

W nowym składzie Parlamentu Europejskiego mamy sporo bardzo znanych (w swoich krajach) postaci, przykładowo byłych premierów:

 

 - Alojz Peterle (Słowenia, 1990-1992)

- Guy Verhofstadt (Belgia,1999- 2008)

- Jerzy Buzek (Polska, 1997-2001)

- Anneli Jäätteenmäki (Finlandia, 2003)

- Theodor Stolojan (Rumunia, 1991-1992)

 

Byłych komisarzy:

 

- Olli Rehn (Finlandia)

- Antonio Tajani (Włochy)

- Danuta Hübner (Polska)

- Janusz Lewandowski (Polska)

- Louis Michel (Belgia)

- Viviane Reding (Luksemburg)

 

Wielu byłych ministrów, wśród nich np. Cecile Kyenge, byłą minister ds. migracji w rządzie Enrico Letty, pierwszą czarnoskórą minister w historii Włoch.

 

Są też członkowie rodzin o znanych nazwiskach:

 

- Daciana Sârbu - żona premiera Rumunii, Victora Ponty

- Anna Maria Corazza Bildt - żona szwedzkiego ministra spraw zagranicznych Carla Bildta

- Jarosław Wałęsa - syn naszego byłego prezydenta

- Alessandra Mussolini - wnuczka faszystowskiego dyktatora i siostrzenica Sophii Loren.

 

Jest też bardzo wielu znanych dziennikarzy, muzyków, sportowców, prezenterów telewizyjnych i modelek.

 

Najstarszym posłem obecnie jest 92- letni Manolis Geizos, uznawany w Grecji za największą żyjącą postać greckiego ruchu oporu. Najmłodszym deputowanym jest 26-letni Anders Primdahl Vistisen z Danii, który jednakże jest 5 lat starszy od dotychczasowej rekordzistki z 1999 r. 21- latki Ilke Schröder.

 

W Parlamencie Europejskim, o czym mało kto wie - zasiadali w przeszłości np. Valéry Giscard d'Estaing (jako były prezydent w latach 1989-1993), czy niemiecki były kanclerz Willy Brandt (wybrany na lata 1979-1983).

Przed objęciem najwyższych funkcji byli w Europarlamencie np. obecny prezydent Francji - Francois Holland, premier Danii - Helle Thorning-Schmidt, premier Grecji - Antonis Samaras, prezydent Estonii -Toomas Hendrik Ilves czy prezydent Słowenii - Borut Pahor.

 

Wiatr historii wieje na parlamentarnych korytarzach nieustannie, a wraz ze zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi w poszczególnych krajach - niektórzy wręcz uciekają przed przeciągiem.

 

Do tej pory, 6 miesięcy po majowych wyborach już wymieniono z różnych przyczyn aż 13 posłów...

 

Zobaczymy, kto będzie następny.

 

Z pozdrowieniami z Parlamentu Europejskiego

Lidia Geringer de Oedenberg

 

 

2014-11-27 15:03
Z Brukseli polityka, parlament europejski, komisja europejska Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Nie milkną głosy oburzenia pod adresem Jean - Claude'a Junckera, od 1 listopada br. szefa Komisji Europejskiej, na którym spoczywa odpowiedzialność za "kreatywną" politykę podatkową Luksemburga, gdzie przez 18 lat premierował.

 

Media żądają jego "głowy", a tymczasem ściąć mogą przy okazji i te pozostałych 27 komisarzy. W tej instytucji odpowiedzialność jest zbiorowa i nie można odwołać jednego członka kolegium tylko... wszystkich na raz. Po niecałych dwóch tygodniach od zaprzysiężenia Komisji taki skandal odbiłby się rykoszetem na unijnej gospodarce.

 

Europa ciągle nie może pożegnać kryzysu ekonomicznego, rządy są zmuszane do oszczędności, przedsiębiorstwa tną wydatki, domowe budżety się kurczą - nic dziwnego, że tak rozsierdza fakt, iż z największych ulg korzystają najbogatsi. O sprawie pisałam tutaj.

 

 

Luksemburg nie jest oczywiście jedynym rajem podatkowym. Wg dziennikarskich doniesień np. Google, numer jeden na liście najbardziej znaczących marek na świecie - przychody z reklam z Europy kieruje na konto swojej irlandzkiej spółki, ta zaś poprzez spółkę w Holandii przekazuje wpływy dalej, by w rzeczywistości z podatków rozliczać się na Bermudach, gdzie podatek dochodowy wynosi zero procent. Wszystko zgodnie z prawem!

Juncker razem z całą klasą rządzącą Luksemburga faktycznie jest politycznie odpowiedzialny za zaistniałą sytuację, ale nie można oskarżać go o wydawanie nielegalnych poleceń swoim ministrom ds. finansów i łamanie prawa.

Swoją drogą wydaje mi się dziwne, że tak wielka afera ujrzała światło dzienne akurat teraz. Czyżby w grę wchodziło zastraszenie Junckera zaraz na początku jego urzędowania, jako szefa Komisji Europejskiej?


 

Z pozdrowieniami z Parlamentu Europejskiego

Lidia Geringer de Oedenberg


 

2014-11-13 18:06
Z Brukseli komisja europejska, skandal, Juncker Komentarze (0)
1 | 2 | 3 |